środa, 21 maja 2014

Pamiętny dzień część 2 - The Lost Abbey: Serpents Stout

Po ponad 10 latach zapuszczania włosów nastał dzień rozstania. Dla większości z was wyda się to wydarzeniem błahym, ale kto miał długie ten będzie wiedział o co chodzi :) Tak, czy tak to bardzo istotne wydarzenie w moim życiu, dlatego chciałem, aby towarzyszyło mu wyjątkowe piwo. Koncepcji miałem kilka, ale wygrał Serpents Stout z Port Brewing, a dokładniej z ich serii piw belgijskich Lost Abbey. Warto nadmienić iż obecnie szalejące z Kalifornii pożary niebezpiecznie zbliżyły się do browaru (teren ewakuowano), ale wiatr zmienił kierunek i ogień, póki co, przeszedł bokiem. Na rozgrzewkę tego dnia zdegustowałem inne słynne piwo z amerykańskiego browaru, warzone w belgijskim stylu - AllagashWhite

The Lost Abbey: Serpents Stout, USA, Port Brewing

Pisanie o etykietach piw z Port Brewing, że są piękne to taka "oczywista oczywistość". Butelka, korek, nakładka, etykieta - wszystko dopracowane do perfekcji. Obraz przedstawiający Adama i Ewę, kiedy to wąż skusił niewiastę do zerwania zakazanego owocu, ma sugerować iż właśnie to wężowe piwo uosabia czarny owoc poznania zła, czy bardziej czarnej strony mocy ;) Jedyny mankament to informacje - podano jedynie zawartość alkoholu (11%).

Barwa: czarna, pod mocne światło brązowe przebłyski. Przy nalewaniu widać czarny strumień.

Piana: obfita, brązowa, początkowo drobnoziarnista, ale szybko się rozszerza. Jej trwałość nie zachwyca, ale w końcu mamy tu 11% alkoholu. 0.5/0.5

Aromat: kurde... jest pustka! Prawie nic nie czuć. Niby jest leciutki palony słód, jakaś kawa, andruty, ciemne owoce, ale wszystko bardzo słabo wyczuwalne z lekką kwaskowatością. Po ogrzaniu się nieco wzmocnił, ujawnia się czekolada, ale to nadal mało, zwłaszcza w tym stylu. 0.25/1

Smak: od pierwszego łyku czuć niesamowitą gęstość, niczym rozpuszczająca się kostka czekolady – bo to właśnie czekolada jest tutaj dominatorem. Zasadniczo mamy cały przekrój czekolad – mleczna, gorzka, deserowa. Na drugim planie wyrazisty palony słód - czysty, bez popiołu i kwaśności. W tle solidna porcja ciemnych owoców z dominującą śliwką, wiśnią. Jest też wanilia (im cieplejsze tym więcej), delikatna kawa. Wyczuwalna nuta belgijska, charakterystyczna, leciutko przyprawowa, może nawet cukier kandyzowany. Niesamowicie gęste, kremowe, aksamitne, mimo potężnego ciała, piwo jest wytrawne, może nie tak totalnie bo jest delikatna słodycz, ale jednak. Alkohol w smaku całkowicie przykryty, ale w przełyku mocno rozgrzewa. 7.5/8 Na sam koniec tj. przy końcu butelki piwo staje się nieco winne.

Cena/Jakość: myślę ile kosztowało i po prawdzie nie wiem, ale najważniejsze iż wiem za co zapłaciłem. Piwo na najwyższym poziomie, ścisła czołówka imperialnych stoutów, ale powinno być nieco tańsze (w końcu to nie BA), no i ten aromat, czy raczej jego brak. 0.25/0.5

Ocena ogólna: 8.5/10

Yeti pozostaje na tronie, kolejny pretendent odchodzi z opuszczoną głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz