poniedziałek, 4 lipca 2016

Stary człowiek, a OZZY! czyli piwo i Black Sabbath w Krakowie!

Dziś częstuję metalem w piwnej otoczce! Pierwszy raz na Black Sabbath z Ozzym, pierwszy raz na trybunach, a do tego pierwszy raz w Tauron Arena!


Latka lecą, koncerty i muzyka nie są już tak priorytetowe jak za „starych czasów”, ale pewne luki i braki trzeba uzupełnić. Jedną z pokaźniejszych dziur był koncert legendarnego Black Sabbath z Ozzym na wokalu. Wcześniej widziałem ich tylko z niezapomnianym Dio, dlatego praktycznie od razu po ogłoszeniu koncertu w Krakowie w ramach pożegnalnej trasy The End pobiegłem po bilet… Niestety zakup nie był prosty z uwagi na zdzierstwo i poronione metody dystrybucji, ale ostatecznie kupić się udało. Pozostało tylko czekać prawie 10 miesięcy i oto dokonało się!



Wchodząc do hali Tauron Arena byłem pełen obaw o kondycję i formę wokalną Ozziego, ale też nie wiedziałem czego się spodziewać po samym obiekcie. Nastawiałem się na nowoczesną wersję Spodka, a tymczasem hala jest dużo większa, wręcz ogromna, kilkupoziomowa, całkowicie inaczej skonstruowana. Robi ogromne wrażenie, praskie O2 może się schować!

Kolejny znakiem zapytania było wykupione miejsce. Pierwszy raz na wielkim koncercie zdecydowałem się na trybuny. Lata temu coś niewyobrażalnego, teraz fakt i satysfakcja! Zamiast stać godzinami czekając najpierw na otwarcie bram, później męczyć się na zazwyczaj beznadziejnych supportach, aby wreszcie wkurzać się na opóźnienia, wchodzisz na luzie, wypoczęty i gotowy na spektakl 15 minut przed czasem. O nic się nie troszczysz, nie gnieciesz, nie walczysz o widoczność, czy inne barierki. Luz, wygoda, oszczędność czasu i zdrowia. Dobra widoczność, dobre nagłośnienie, koncentracja na muzyce i możliwość chłonięcia całego widowiska, ogromu tego co się dzieje, falujących tysięcy ludzi, energii i emocji. Będąc na płycie odbieramy jedynie niewielki wycinek całego spektaklu. Trybuny są super i przy dobrze dobranym miejscu to wspaniała sprawa – polecam! Jeżeli nie macie w planie walki o barierki i łupy to trybuny są najlepsza opcją.

Waligóra jak Black Sabbath ;)
Na koniec muzycznej części został sam koncert. Koncert wspaniały, pokazujący wielkość muzyków i ich dorobku. Scena minimalistyczna, bez ozdób, wybuchów, krwi i innych bajerów, które uwielbiam, ale nie zawsze są potrzebne. Tym razem były całkowicie zbędne, gdyż muzyka była wszystkim, a minimalizm tworzył nastrój. Dostojni, statyczni (Iommi i Butler) zastępowali scenografię i razili dźwiękiem, a Ozzy, którego forma wokalna i witalność totalnie mnie zaskoczyły. Szalał, biegał/drobił swoimi charakterystycznymi kroczkami, padał na kolana, lał wodą i co tam jeszcze. Do żywiołowej strony zaliczyć należy również popisy perkusyjne Clufetosa. Nie jestem muzykiem, aby rozpisywać się o poszczególnych kawałkach, ale najbardziej utkwiły mi w głowie otwierający Black Sabbath, a dalej Into the Void, Snowblind, ale prawdziwą perłą i najcudowniejszym momentem był IRON MAN!!! Dosłownie włosy stają dęba, a ciarki nie wiedzą gdzie pędzą! Set był w zasadzie tym czym powinien być na ostatniej trasie. Brakło jednego utworu, który musiał być, ale co zrobić… Wspaniały koncert MOC i POTĘGA!


Bardzo dobre nagłośnienie, atmosfera, a przede wszystkim muzyka tworzy niezapomniany spektakl i kto był nie powie złego słowa! Marudy typu „a fee skok na kasę” zostali zmiażdżeni i mogą tylko popłakiwać w poduszkę, że na koncercie nie byli! Tyle o muzyce, czas na piwo...

Tekst ten po części powinien być Przeglądem RISów Krajowych, gdyż podczas pobytu w Krakowie degustowałem dwa Russian Imperial Stouty, oba leżakowane w dębowych beczkach.

Pierwszym degustowanym piwem był Waligóra Bourbon Barrel Age z browaru Solipiwko. Piwo ma 24% ekstraktu i 10,4% alkoholu, przy 67 IBU. Na uwagę zasługuje świetne szkło degustacyjne o pojemności 100 ml w Tap House. Samo piwo jest dosyć wytrawne, palone, acz nie pozbawione słodkich nut czekolady, rodzynek. Beczka wnosi bardzo szlachetny alkohol, coś pomiędzy rumem, a bourbonem, jest lekka dębina i bardzo przyjemna nuta, acz delikatna kokosowo-waniliowa. Silnie rozgrzewa i faktycznie duże walić może góry! Bardzo dobre piwo, którego butelkę widziałbym na leżaku.

Drugim „maluszkiem” było premierowe piwo z Pracowni Piwa w przedziwnym pseudo stylu rye milk smoked pale ale Puszka Pandory. Piwo jest przyjemne, acz nieco dziwne. Wędzonka na bardzo niskim poziomie, delikatny żytni kisiel i podwyższona pełnia/słodycz. Poza tymi drobnostkami to mimo wszystko solidne pale ale.

Następnym punktem wycieczki były moje pierwsze odwiedziny w Multi Qulti. Lokal jest kiepsko oznaczony, zwłaszcza od ulicy, ale ma przyjemny klimat mieszkania. Padło na wspólne piwo browarów Piwoteka i Antybrowar o nazwie PROjekt Piwoteka. Piwo to jasne czekoladowe ale z dodatkiem kakao i laktozy o ekstrakcie 14 BLG i alkoholu 4,9%. Niestety czekoladowe piwa w których czekolada nie jest od słodu, lub/i ziaren kakaowca mają specyficzny, nieco sztuczny posmak. To piwo zyska spore uznanie, ale mnie nie przekonuje. Taka jasna, nieco lepsza wersja Organic Chocolate Stout od Samuel Smith's.

Już po koncercie, w końcówce dogrywki i karnych meczu Niemcy : Włochy zdegustowałem wędzoną wersję Mr Hard's Rocks czyli Mr. Hard's Rocks Peated Whisky Barrel Aged. Piwo bardzo fajne, od słodów torfowe, od whisky, a raczej whiskey nasycony nutami tego alkoholu, który torfowy raczej nie był. Przyjemne, lekko kawowe, orzechowe, z odrobiną ciemnych owoców, acz nie do końca ułożone, na pewno potrzebuje jeszcze czasu, aby było bardziej zbalansowane. Na degustację czeka wersja Peated nie leżakowana w beczce.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz