poniedziałek, 11 maja 2015

Beer Geek Madness 2 od strony organizacyjnej

Z oceną drugiej edycji BGM mam poważny problem. Z jednej strony był to niewątpliwie spory sukces komercyjny, miło spędzony czas, sympatyczni ludzie, a z drugiej brakło piwa, co ciężko racjonalnie wytłumaczyć i przejść nad tym do porządku dziennego. Zacznijmy jednak od początku...

 


Pierwsza edycja imprezy była totalnym odlotem i nową jakością na krajowym rynku. Jakieś małe mankamenty oczywiście był, ale plusy przykryły wszystko. Jak łatwo się domyślić po takim debiucie oczekiwania rosły, a gdy ogłoszono, że tematem przewodnim będą piwa z USA ciśnienie skoczyło jeszcze bardziej! Decyzja była prosta, trzeba jechać...

... i kupić pakiet, bo w zasadzie był to jedyny sensowny sposób wejścia na festiwal bez stania w sporych kolejkach. System był prosty. Wybierasz jeden z kilku pakietów (od samego szkła-wejściówki i żetonów) po bardzo rozbudowane warianty z masą gadżetów. Dla mnie najsensowniejszy wydał się ten za 90 zł, czyli koszulka, szkło do wyboru (były dwa) i 20 żetonów, które były środkiem płatniczym. 1 żeton = 2 złote to dobry przelicznik i duże ułatwienie przy wydawaniu reszty. Odbiór pakietów odbywał się na miejscu, sprawnie i bez kolejek. Nieco chaosu był z wejście, jednio wchodzili, drudzy stali w kolejce, ktoś sadził drzewo, ot takie udziwnienia, ogólnie poszło sprawnie, a żetony z pakietu umożliwiły degustację jeszcze przed ich sprzedażą.

Teren imprezy został znacznie powiększony, co oczywiście okazało się strzałem w 10tkę. We wrocławskich Zaklętych Rewirach, gdzie odbywa się impreza udostępniono kilka nowych sal, czy bardziej piwnic, gdzie grano koncerty i rozmieszczono dodatkowe stanowiska z polskimi piwami. Na plus również zaplecze sanitarne, był jakiś problem z umywalkami, ale kolejki nie były długie, a to najistotniejsze. W koncertach nie uczestniczyłem, dodatkowe atrakcje też raczej omijałem, chociaż na lego i HD zawsze miło popatrzeć.

Na malutki minus trzeba zapisać jedzenie. Było smaczne i w przyzwoitych cenach, dlatego minus ten mogli odczuć tylko uczestnicy pierwszej edycji. Zabrakło cudownej dziczyzny z musem cytrynowym i ogólnie rzemieślniczego podejścia do sprawy, ale było na tyle dobre, że przerwy na żeberka czy inne smakołyki uchroniły nas od negatywnych skutków spożywania.

Sklepik festiwalowy, a bardziej butelki to miały być wisienką na torcie, ukoronowaniem festiwalu i w ostateczności zapewnić plecak. Niestety po ogłoszeniu listy przeżyłem wielkie rozczarowanie. 90% procent pozycji była już w Polsce dostępne. Jedynie 18th street stanowiło atrakcję. Uciekając jednak od osobistych rozczarowań muszę stwierdzić, że kilka ciekawych numerków na liście się znalazło, niestety ich ceny były delikatnie mówiąc zawyżone. W sklepach specjalistycznych pojawiały się już wcześniej w dużo mniejsze pieniądze.

Na koniec zostawiłem największy minus i sporą wtopę organizatorów, czyli brak piwa! Nie może być tak, że na festiwalu tego kalibru brakuje piwa już po 22, a o 23 jest ostateczny koniec. Część osób kierując się rozsądkiem stwierdziła, że na początek Polska, a później "ciężki kaliber" z USA. Niestety był to strzał w stopę, gdyż piw było po 1 (JEDNEJ) beczce i zniknęły błyskawicznie. Polskich specjałów zaczęło brakować, tylko nieco później, a co jakiś czas ludzie mruczeli pod nosem, coś o żetonach, których nie ma już na co wydawać... Impreza powoli umierała, co przy kończących się zapasach piwa było naturalne, ludzie wychodzili lub krążyli w okolicach wyjścia na dach czekając na finał. Tam przygotowano, całe trzy beczki piwa, co oczywiście ponownie szybko wykończyło imprezę, gdyż trunki zniknęły błyskawicznie i trzeba było zbierać się do wyjścia. Szkoda, gdyż sam pomysł dachu i jego klimat był świetny, grill z mini burgerami, odpowiednio odmalowane ściany, dobra pogoda i miłośnicy piwa, którego brakło... Była jeszcze scena i DJ o której napiszę tylko, że nie przeszkadzała, co już jest dużym plusem, gdyż słucham zupełnie innej muzyki.

Od razu odpieram zarzut, że to wina browarów. Z przeprowadzonych rozmów jasno wynika, że to organizator narzucił limit. Przy całej sympatii dla nich nie pojmuję tak zachowawczej postawy, zwłaszcza, że zaraz po imprezie były duże festiwale na których też się wystawiali i sprzedawali lane piwa ze Stanów.  Dla nich był to niewątpliwy sukces, dlatego wierzę, że następny raz zza oceanu dotrą już wymarzone petardy i nie braknie ich tak szybko! Zostało tylko nieco puszek, ale te rozeszły się zapewne na festiwalu, gdyż w piątek było ich już niewiele.

Wypad udany, ale pozostawiający lekki niedosyt, miało być rewelacyjnie, było dobrze, w przyszłym roku podobno druga odsłona piw z USA, więc będzie szansa na rehabilitację.

Tyle w kwestii technicznej, praktyczna degustacja w oddzielnym wpisie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz