niedziela, 27 lipca 2014

Marcin Gajda: piwne Koszyce

Pierwszy raz na blogu gość specjalny! Autorem dzisiejszego tekstu jest Marcin Gajda, który miał ochotę podzielić się z Wami swoimi doznaniami z wycieczki do słowackich Koszyc.

Piwne Koszyce

Nigdy wcześniej nie byłem na Słowacji. Gdy tylko pojawiła się okazja, by się tam wybrać przed oczyma stanął mi obraz kraju pogrążonego w kryzysie, brzydkiego, z wyraźnie odciśniętym piętnem minionej epoki. Szybki research w Internecie oraz doświadczenia organoleptyczne już na miejscu uświadomiły mi jak bardzo się myliłem. Jeszcze ostrzeżenie, wszystkie stawiane w tym tekście tezy wynikają z trzydniowego pobytu, intensywnej obserwacji i własnych przemyśleń, więc nie uważajcie ich za prawdę objawioną. Zapraszam do lektury!

O mieście

Samo miasto jest ślicznie położone, otoczone wzgórzami z każdej strony. Jest drugim największym miastem Słowacji, ważnym ośrodkiem akademickim i odniosłem wrażenie, że nosi taki status, jaki u nas Kraków.

Zachowało się wiele wspaniałych zabytków, wszystkie są położone bardzo blisko względem siebie, zorientowane wokół ulicy Hlawnej, która pełni funkcję głównego deptaku, tudzież długiego rynku. Właśnie w tych okolicach jest najwięcej lokali z dobrym piwem, a to interesuje nas w tym tekście najbardziej.
Jednak nie sposób nie wspomnieć o życiu w mieście. Na Słowacji obowiązuje Euro, więc można było zakładać, że będzie drożej niż w Polsce. I owszem, podstawowe produkty żywieniowe w hipermarketach są średnio o 20%/30% droższe po przeliczeniu na złotówki. Czyli nie jest fajnie. Ponoć Słowacy aż z Koszyc potrafią jeździć do Polski na większe zakupy. Mając ok. 30 km na Węgry, gdzie też powinno być taniej!

Jak zatem Słowacy sobie radzą? Jedzą na mieście! Porównałem ceny pod tym kątem i taniej wychodzi iść do drogiej pizzerii na Hlavnej niż kupić w Kauflandzie (najtańszy z marketów) wszystkie składniki na pizze i upiec ją samemu. I tak jest ze wszystkim, ponoć w Koszycach jest największy procent zarejestrowanych własnych działalności na jednego mieszkańca. To się tam opłaca, nie wiem na czym to polega, czy niskie podatki, czy niskie czynsze… Ale właśnie usługi napędzają ich gospodarkę, nie dają zarobić koncernom tylko wspierają się nawzajem. Da się? Oczywiście, że się da! Poza tym mieszkańcy Koszyc w większości to otwarci, uśmiechnięci, zadowoleni z życia ludzie, na dodatek dość majętni.

Co do spraw technicznych życie nocne zamiera dość wcześnie, bo około 23 zdecydowana większość knajp już jest pozamykanych, w niedzielę spora część się nawet nie otwiera (Koszyce to generalnie bardzo religijne miasto). Jest bardzo czysto mimo braku… koszy na ulicach;) No i słowacki jest jeszcze bardziej zrozumiały dla Polaka niż czeski, z każdym można się dogadać mówiąc po prostu w swoim języku.

O knajpach

Przejdźmy do spraw piwnych. W Koszycach mamy 2 multitapy, Dobre Casy (Cajkovskeho 4) i Red Nose Pub (Zbrojnicna 2), w każdym po 24 nalewaki. Nazwa pierwszego ewidentnie kojarzy się ze słynnym praskim wielokranem Zly Casy, może zabieg marketingowy? Może filia? Nie wiem, nie potrzebuję wnikać. W piwnicznej części jest nieco klaustrofobicznie i ciemno, z głośników dobiegały dźwięki radia. Więc zamówiliśmy piwo i uciekliśmy do ogródka piwnego znajdującego się przed lokalem. Wybór piw spory, ale raczej czesko – słowacki. Z innych był To Ol Reparationsbajer, poza tym coś z Matuski, sporo czeskich klasyków takich jak Pardubicky Porter z Pernsteina, no i słowacki kraft w postaci tych bardziej wykręconych piw Kalteneckera i kontrakty przy rzeczonym w postaci browarów Mekfartin i Padre Craft Beers (którego American Wheat o nazwie Mustaz dosłownie zalał Koszyce, w co drugiej knajpie można było go spotkać). Ogólnie miejsce jakoś nie zdobyło mojej sympatii, szybko dopiliśmy piwo i uciekaliśmy stamtąd. Może to przez tragiczny poziom pitego piwa? Ale o tym później…

Red Nose Pub za to zaskarbił sobie naszą sympatię, jako jedyna knajpa została odwiedzona podwójnie! Bardzo sympatyczne panie barmanki, które raczej nie mają pojęcia co sprzedają;), fajna muzyka (Beatlesami nas kupili!) i fakt, że aby przedostać się na ogródek trzeba przejść za barem! Na nalewakach tylko Czechy i Słowacja. W lodówkach jeszcze kilka pozycji Brew Doga i Mikkellera (o fenomenie tej dwójki będzie jeszcze osobny akapit). Oczywiście Kaltenecker, trochę większych czeskich browarów no i święta dwójka czeskiego kraftu, czyli Matuska i Nomad, z którego cieszyły mocno limitowane Poustni Kraska APA i Crna Vdova Porter.

Byłem jeszcze w kilku innych miejscach i stwierdzam, że nadziać się na kraftowe piwa w Koszycach nadzwyczaj łatwo. Dostępność Brew Doga i Mikkellera bardzo dobra, podobnie Kalteneckera (choć raczej bardziej klasycznych ich piw) no i wszechobecny Mustaz. Szczególnie polecam knajpę Pokhoi (Hlavna 20 w bramie), gdzie oprócz 4 nalewaków (2 jasne lagery, 1 pusty i Matuska Fastball) bardzo duży wybór butelek z dwóch rzeczonych browarów. Do tego punkowa muzyka i klimat, choć pewnie większość powiedziałaby, że hipstersko. Cóż, jestem hipsterem, czułem się tam świetnie i do tego wypiłem najlepsze piwo w życiu, czyli Croocked Moon DIPA z Mikkellera. Do tego polecam Tabacka Kulturfabrik na Gorkeho 2, gdzie oprócz sporego wyboru Mikkellerów i Brew Doga (tu padł m.in. nie widziany nigdy w Polsce Riptide RIS z BD) odbywają się koncerty muzyki alternatywnej i inne kulturalne wydarzenia. Marzę o takiej koncertówce w Katowicach i wiem, że ona nie powstanie dopóki sam jej nie otworzę;)

Potwierdzając swoje hipsterstwo wybawiliśmy się do dźwięków Terror Bird, kanadyjskiego jednoosobowego projektu New Romantic/Disco bardzo w duchu wczesnych Depeche Mode. Nie wiedziałem o nim nic, a teraz jestem fanem. Ach te Koszyce

 O sklepach specjalistycznych i cenach

Odkryłem jedno konkretne miejsce z piwami, znajdowało się w miejskiej galerii handlowej i nazywało się Kubbo Select. Jest to bardzo luksusowy sklep z alkoholami, mnóstwo wina, mnóstwo mocniejszych trunków, jest też sporo rzemieślniczych słodyczy (ta branża też ma się dobrze i jestem fanem od dawna) kaw i herbat. No i ok. 4 niewielkich półek z piwami plus pustawa lodówka. Co tam mamy?

Werble… Tak! Brew Dog i Mikkeller! No dobra, oddajmy sprawiedliwość, były 2 rodzaje piwa z browaru Buntavar, AIPA i BIPA, na dodatek w promocji bo termin się kończył. Chyba 3 z Nogne O i 2 z Williams Bros. Reszta to naprawdę pokaźna oferta monopolistów. W tym takie perełki jak ok. 5 sztuk Tactical Nuclear Pinguinów, nigdy przeze mnie nie widziany Lost Dog, czyli kolaboracja Brew Doga i Lost Abbey, kolaboracja Mikkellera i Praire w butelce 0,75… długo mógłbym wymieniać. Jak cenowo? Jak w barze! Serio! Za Rip Tide w Tabacka Club dałem 3.8 euro, w sklepie kosztował bodajże 3.75. Piękne, prawda? Powiem więcej! Na eksponowanym miejscu stał też Padre Mustaz za 1,99 za butelkę 0,33. W knajpie dałem 1,50. Kocham ten kraj! A kochałbym bardziej, gdyby poziom słowackiego kraftu był wyższy… Niestety!
O piwach

Nie były to okoliczności i czas na profesjonalne recenzje, mam nadzieję, że krótkie notki o piwach i przedstawienie ogólnej kondycji słowackiego piwowarstwa w zupełności wystarczą. Mam świadomość tego, że na podstawie zaledwie kilku wypitych słowackich piw nie można wysnuwać wniosków odnośnie całego tamtejszego piwnego świata. Wiadomo, mogłem mieć wyjątkowego pecha, ale z 7 spróbowanych słowackich piw w 5 był DMS, w 3 z nich w stężeniu tak wysokim, że pić się nie dało. Te dwa bez DMSu były odpowiednio Dunkelem i Black IPA i były to jedyne ciemne piwa słowackie jakie piłem. Czyli w każdym jasnym warzywniak, tudzież słodka kukurydza z puszki. Ale po kolei…

Zacznijmy od jedynego odwiedzonego przeze mnie browaru restauracyjnego. Pivovar Golem mieści się przy ulicy Dominikanske Namestnie 15, lekko na uboczu od Hlavnej, obok placyku, gdzie co niedzielę odbywa się targ staroci. Dostępne były 3 rodzaje piwa, Jasne, Ciemne i Ciemny special. Oryginalnie, prawda? Zamówiliśmy Jasne i Ciemne specjalne, które rożni się od regularnego tym, że ma 1,5 stopnia plato więcej. W jasnym warzywniak nie do zniesienia, groch z kapustą, dosłownie! Za to ciemne urzekło mnie czekoladowym aromatem i smakiem, przyjemnym, lekko palonym finiszem i ogromną pijalnością. Na to piwo warto do Golema zawitać.

Ze słowackich kraftów najlepsze wrażenie na mnie zrobił Buntavar. Miałem okazję spróbować dwóch ich piw, American India Pale Ale i Black India Pale Ale. Pierwsze nieco herbaciane, ziołowa goryczka, DMS tylko w postaci słodkiej kukurydzy. Ogólnie całkiem niezłe i zdecydowanie najlepsze jasne słowackie piwo jakie piłem. Black IPA była jeszcze lepsza, w aromacie bez zaskoczeń, ciemne słody i żywiczno – leśny aromat chmielowy. Podobnie w smaku, kawa, czekolada, długi, nieco zalegający finisz chmielowo – palony, może ciut zbyt wytrawne. Porządne rzemiosło.

Do miana czegoś więcej niż rzemiosło, wręcz sztuki, aspiruje browar Mekfartin, którego statusu do tej pory nie rozgryzłem. Reklamuje się jako domowy browar, lecz swoje ostatnie piwo, czyli Mad Bull ESB uwarzył w browarze Kaltenecker. Więc kontrakt? Jednorazowa współpraca? Raczej to drugie, browar pojawił się na stoisku piwowarów domowych na Birofilii właśnie z Bykiem. A dlaczego piszę o sztuce? Sprawdźcie design ich butelek. To są arcydzieła! Jednak zawartość pozostawia wiele do życzenia. Mad Bull jest wyraźnie słodki, lekko brzoskwiniowy i potężnie DMSowy, aromat gotowanej fasoli zabija całą radość z picia. Można sobie wyobrazić, że tego DMSu tam nie ma i wtedy byłby potencjał na naprawdę smaczne piwo. Choć raczej nie w stylu, ESB z brzoskwiniową słodyczą?

Innym browarem działającym na tej samej zasadzie jak Mekfatrin jest Padre, z którego spróbowałem wyżej wspominanego, wszechobecnego w Koszycach Mustaza w stylu American Wheat. Tu DMS uderza z opóźnieniem, bo najpierw czuć bardzo fajne cytrusowe nuty. Wraz z ogrzaniem grochówka w nieco mniejszym stężeniu niż w Mad Bullu psuje drugą połowę piwa. Dorzućmy do tego nieco mdłą słodowość i mamy przeciętne, wadliwe piwo.
 
Na koniec Kaltenecker, największy zawodnik słowackiego kraftu. W ofercie mają style klasyczne i nowofalowe, są szeroko dostępni (w Kauflandzie widziałem ich Marzena i Schwarzbiera), lubią eksperymenty, współpracują z innymi browarami. Owoc jednej z tych współpracy miałem okazję pić, mowa o Suzuki India Pale Lager, kooperacji Kalteneckera i japońskiego browaru Bay Brewing z Yokohamy. Brzmi światowo, pomyślałem. India Pale Lager to świetny styl podkreślający potęgę amerykańskiego chmielu, pomyślałem. Pomyliłem się srogo, piwo wygrywa złotą fasolę w kategorii najsilniejszy DMS. Do tego tępa, zalegająca goryczka.

Po tym piwie odechciało mi się jakichkolwiek słowackich trunków, przerzuciłem się na sprawdzone Mikkellery, Matuski i Nomady. Ich opisywać nie będę, mógłbym je wypić i w Polsce i w Czechach. Odpowiedź na pytanie „dlaczego na Słowacji tyle Mikkellerów i Brew Dogów?” brzmi: żeby było co pić. A może jednak pech? Śmiem wątpić. Przed Słowackim piwowarstwem długa droga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz