środa, 26 lutego 2014

Na piwo (i koncert) do Warszawy! Część 1


Od mojej ostatniej wizyty w Warszawie upłynęło już prawie 6 lat. Od tego czasu sporo się zmieniło, a z piwnej pustyni administracyjna stolica stała się pretendentem również do tytułu piwnej, który dumnie dzierżony jest, przez jak by nie było, byłą stolicę administracyjną - Kraków. Do miasta stołecznego udałem się na koncert fenomenalnego glam metalowego kabaretu - Steel Panther. Przy okazji oczywiście postanowiłem przyjechać wcześniej i zobaczyć kilka miejsc z Warszawskiego Szlaku Piwnego. Początkowo planowałem jeden wpis, ale z racji iż wyszedł za długi podzieliłem go na dwie części.

Dzięki Polskiemu Busowi udało mi się dojechać do celu stosunkowo tanio, szybko i wygodnie. Ten sposób podróżowania bardzo mi odpowiada i w planach mam piwne odwiedziny Torunia i Gdańska. W swoim notatniku umieściłem 4 punkty obowiązkowe i dwa rezerwowe, wybrane pod kontem godzin otwarcia i bliskości względem siebie. Czasu nie miałem za wiele, gdyż o 19 otwierano bramy Proximy. Z racji iż do rzeczonego klubu ze szkłem nie ma wstępu moje zwiedzanie ograniczyłem do knajp. Po zaopatrzeniu się w bilet 24 godzinny pozwalający jeździć wszystkim (metro, autobusy, tramwaje) ruszyłem w drogę! Dodam jeszcze iż byłem tam w poniedziałek, w godzinach pracy, a to chyba najgorszy dzień na odwiedzanie piwiarni - ludzi mało, oferta przetrzebiona, najlepsze piwa podpina się w weekend, więc i na to trzeba mieć poprawkę.

Punktem numer 1 były Cuda na Kiju (rewelacyjna nazwa!) ulokowane przy rondzie de Gaulle'a (to od palmy) w ogromnym partyjnym gmachu. Ze względu na trwająca budowę podziemnego parkingu widok i odnalezienie celu jest nieco utrudnione. Gdy wiemy iż to ten wielki budynek na placu trafimy bez problemu, ale idąc "po numeracji" ulicy Nowy Świat czeka nas mała zagryzka, gdyż ulica kończy się mniejszą numeracją.

Pierwszym zaskoczeniem jest menu na wypisane na szybie! Bardzo udany pomysł, gdyż bez wchodzenia do środka wiemy co jest na kranie, a że jest wiele to stanowi to dodatkową reklamę. Drugim zaskoczeniem były stoliki na zewnątrz mimo kalendarzowej zimy. Podejrzewam iż jest to ukłon w kierunku palaczy. Po przekroczeniu progu wita nas wnętrze bardzo nowoczesne, surowe wydaje się idealnie dostosowane do gustu pracowników pobliskich korporacji, dla których przygotowana jest również oferta lunchów. Nie jest to mój styl, wolę bardziej przytulny piwiarniany wystrój, ale w tym przypadku muszę przyznać iż wygląda to dobrze i wydaje się optymalnie dopasowane do warunków wnętrza. Poza salą barową mamy salę z kuchnią (Cuda serwują również pizze), oraz niewielki balkon wewnętrzny. Kranów jest 16 z czego 1 pusty, ale oferta piw jest zdecydowanie satysfakcjonująca. Uzupełniają ją dodatkowe lodówki z butelkami - dostrzegłem jeden rarytas, ale jak mówiłem butelek na koncert nie wniosę. Poza piwem i jedzeniem, mamy wino, coś mocniejszego i sporo przekąsek.

Samo piwo podawane jest w bardzo przyjemnej temperaturze, za co duży plus, ale brakuje wafli! Skusiłem się na Grodziskie z Artezana* i Waizenbocka z Matuski. To drugie niestety było wykończeniem beczki. Zwyczaj iż ostatnie piwo jest "za free" to świetna sprawa, ale z racji iż było pyszne wolałbym zapłacić i delektować się tym cudownym smakiem z pełnego szkła. Jak już przy szkle jesteśmy to z tym też było jak należy.

Nie ma co debatować trzeba Cuda na Kiju odwiedzić. Może nie do końca mój klimat, ale podobało mi się i mogę śmiało polecić.

* U nas nieosiągalny Artezan tutaj jest codziennością bo lokal kupuje ok 50% wybicia browaru, dlatego nie ma się co dziwić, że dla Śląska i Zagłębia prawie nic nie zostaje.

Drugim punktem na trasie nie jest piwo, a jedzenie. Trzeba mieć krzepę, aby po kilku degustacjach, być w formie na koncercie. Solidna porcja mięsiwa jest niezbędna! Barn Burger to podobne najlepsze tego typu jedzenie w stolicy i już po przekroczeniu progu wiedziałem iż coś w tym jest. Lokal, który wita mnie dźwiękami Twisted Sister I wanna ROCK musi być dobry! Świetny wystrój w amerykańskim stylu, wszystkie stoliki zajęte, dobry klimat! Lokal jest jednak wyraźnie za mały, gdyż w czasie gdy degustowałem swojego burgera, na wolne miejsce czekało już kilka osób. Z racji tłoku nie robiłem zdjęcia wnętrza, a jedynie samego burgera. Oferta jest bogata, zawiera również kilka pozycji sezonowych. Ja wybrałem Szpetną Helę - 200 gram mięsa, 4 rodzaje sera, bekon, warzywa, pesto szczypiorkowe, sosy: salsa i BBQ. W zestawie rewelacyjne frytki, niestety nieco ich mało. Słodka bułka maślana wybornie komponuje się z całością, powala zwłaszcza fenomenalny bekon! Chyba najlepszy burger jakiego jadłem, ceny nie są niskie, ale zdecydowanie warto! Co najwyżej tego sera dałbym nieco więcej. Przy każdych odwiedzinach Warszawy będzie to mój punkt obowiązkowy.

Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz